Tak czytam i czytam – ciągle ta Białka i ciągle źle, więc może coś dla odmiany.

Dostałam niedawno propozycję nie do odrzucenia i miałam w związku z tym niewątpliwą przyjemność korzystania z uroków prawdziwej zimy pod okiem profesjonalistów w dziedzinie śniegu ;) Bo jak inaczej nazwać Austriaków? Ok ¾ powierzchni kraju to przecież Alpy. Piękne, wspaniałe, ogromne. Kilkukilometrowe (na szerkokość) doliny i gdzie nie zadrzeć głowy, tam majestat.

Zanim dotarliśmy ze znajomymi na miejsce mieszały się we mnie radość i strach. To pierwsze – bo czułam że to jest to, że mam szansę wykorzystać swoje umiejętności narciarskie po to, żeby poczuć się osobą szczęśliwą, a to drugie – czy czasem „nie za wysokie progi..?” Jak dotąd największą górą, z jakiej zjeżdżałam był Chopok – w cięzkich warunkch (śnieg tylko sztuczny, liczne muldy i oblodzenia, na średnio dopasowanym sprzęcie – na mniejszych górkach tego nie odczuwałam), oraz Solisko wznoszące się nad Strbskiem Pleso (warunki jw.). „czy jak TAM wjedziemy, to czy będzie jakiś kawałek łatwiejszego stoku dla oswojenia się z terenem?, czy też wszędzie stromo i wysoko, a widok gdzie tak naprawdę jestem będzie tylko potęgował uczucie i NIE DAM RADY???” – myslałam… I zaraz moja druga strona – radość i myśl – przecież jeździsz już tak długo…. to będzie czysta przyjemność….

Tuż przed wyjazdem na stoki nie mogłam się już doczekać. Chciałam jak najszybciej to zobaczyć, poczuć, czy zdjęcia znalezione przed wyjazdem w nieznane w interniecie oddają charakter tego miejsca. Niedługo później cieszyłam się szusami po sztruksie, po śniegu miękkim, terenie bez niespodzianek, kamieni, oblodzeń i muld. Świetne nachylenia stoków, szerokości. Po prostu TO!.

Pewnie cieszyłabym się bardziej, gdyby nie pewne objawy choroby wysokościowej. Niestety na wys. Ok 3000 m npm po zjechaniu ok 200m musiałam się zatrzymać i wziąć kilka głębokich wdechów. Przez moment nawet miałam wrażenie, że się chyba uduszę….. potem chciało mi się pić. Na szczęście przeszło.

Następnego dnia nie było śladu po wcześniejszej zadyszce. Za to zmieniły się warunki. Padał bardzo gęsty śnieg, widoczność była mocno ograniczona i działała przez to mniejsza częśc ośrodka.

Trzeciego dnia podobnie, z tym, że widoczność ograniczona była nie przez opady śniagu, a przez mgłę. Miejscami mleko. Nie wiadomo było, czy jeszcze się jedzie, czy już stoi i w którą stronę teraz. Błędnik nie miał wytchnienia….. brzmi to może groźnie, ale tak naprawdę pokazuje potęgę gór, uczy nowych zachowań na stoku, pozwala cieszyć się tym w inny sposób.

Tak, tak. Cieszyć się. Z poznawania samego siebie w naprawdę trudnych warunkach. Był moment, że chciało mi się usiaść gdzieś na stoku i płakać, kiedy to mając pierwszy raz w życiu narty carvingowe na nogach musiałam mierzyć się ze śniegiem po kolana, smagającym wiatrem, parującym goglami i białością…… Czułam się jakbym miała pierwszy raz narty na nogach w ogóle. Ale dałam radę. Był moment, że nikomu z grupy po posiłku w jednej ze stokowych knajpek nie chiało się przypiąć nart z powrotem…. ta białość dawała się nam we znaki. Przetrwaliśmy. Nasze dwa dni z małym przebiegiem na stoku zostały wynagrodzone w dniu kolejnym.

Postanowiliśmy zmienić ośrodek. Opłacało się. Prawie pusto na stoku. Robiliśmy chyba na wszelkich możliwych trasach pierwsze ślady na śniegu. Szeroko, bezpiecznie. Piękno słońce i tylko niewielki wiatr. „po to się żyje” – usłyszałam od koleżanki. Miała rację. Dla mnie wręcz bajka. Nareszcie poczułam powiew wolości i mroźnego powietrza na twarzy. Dluższe skręty, szybkie cięte, nisko na bardziej pochylonym……. a dziś myślę, że jeszcze nie dałam z siebie wszystkiego. Chyba dlatego, że zbyt szybko musiałam zapoznawać się z okolicznościami.

Nie przyzwyczajona do świetnie przygotowanych tras, miałam w głowie to, co zawsze do tej pory na stoku – „poznaj go, sprawdź, czy nie ma wcześniej wspomnianych niespodzianek pod postacią lodu itd, a potem mierz się z nim i finalnie ciesz sie i daj z siebie wszystko”. I nie miałam tu czasu na to poznawanie. Chociaż żaden stok mnie nie zaskoczył, nie wykorzystałam swoich umiejętności do końca. Trochę mi tego brakuje. Ale może innym razem… tego bajecznego dnia w niewielkim ośrodku zrobliśmy 70km na nartach. Podobno niezły wynik.

Za to nasze uda odwdzięczyły się za ten wysiłek w piątek. Warunki znów się pogorszyły, wiejący wiatr zwiewając śnieg ze stoku uniemożliwiał rozpoznawanie terenu, a nogi po prostu już nie chciały słuchać sygnałów od mózgu „niżej, bliżej, mocniej i do przodu”. Tylko do przodu udawało się jakoś realizować. Byliśmy zmęczeni i wiatr szybko spedził nas uczuciem zimna ze stoku. Ale i tak było super.

Zastanawiam się teraz czy ktoś byłby w stanie namówić mnie na jeżdżenie w przysłowiowej „Białce”. Może mam wysokie wymagania, ale niestety to co dobre, bardzo szybko przyzwyczaja. Myślę, że ośnieżony Chopok jak najbardziej, ale to, co prezentują sobą ośrodki alpejskie…. Narciarstwo tam ma inny wymiar. Chciałoby się powiedzieć – alpejski. Tam radość przychodzi w samym momencie wsiadania na wyciąg. Orczyk, krzesło czy gondola. Wszystko jest fajne. Świetnie przygotowane. Austriacy z tego żyją. Warto. Nawet jeśli nie pojedzie się nigdy więcej, naprawdę warto.

ypoczęłam. Bardzo. Codziennie przeglądam fotki i przypominam sobie szusy i uśmiecham się w duszy. Pewnie potrwa to jeszcze jakiś czas. Polecam serdecznie. Jesli nie umiecie jeździć, albo jeździcie krótko, albo jesteście ekspertami tudzież maniakami mocnych wrażeń – każdy znajdzie coś dla siebie. I nie będziecie czekać w kolejce do wyciągu 40 minut. I nie będą Wam deptać nart. Będziecie zadowoleni.

To był bardzo udany wyjazd.

Dodaj link do:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Grono
  • Gwar
  • Wahacz.pl
  • Śledzik